czwartek, 5 maja 2011

Gdy nie ma ratunku


Są takie dni, kiedy życie może uratować nam tylko śmieciowe żarcie. Jednak czasem los jest nieubłagany i utrudnia nam dotarcie do najbliższego Mc Donaldsa poprzez złą aurę, dystans do pokonania czy pusty bak… Jednak przed śmiercią z powodu niedoboru nasyconych kwasów tłuszczowych oraz pustych węglowodanów można ratować się również w domu. Mnie dzisiaj podnosiło z martwych fish and chips.

Najprostszym, moim zdaniem i niezawodnym przepisem jest tu ryba w cieście smażona w głębokim tłuszczu. Ciężko zepsuć, łatwo doprawić, a czas produkcji  minimalny.

Czego potrzebujemy:

  • filet z ryby, na jaką masz ochotę, jaką masz w lodówce, czy jesteś w stanie kupić w całodobowym Tesco (mogą być to również krewetki, kalmary…a nawet kurczak. Po co się ograniczać?)
  • piwo, najlepiej kilka. Pół szklanki zużyjesz do ciasta, resztą wspomożesz zbawienne działanie śmieciowego żarcia. Ja ostatnio mam fazę na Okocim pszeniczne, ale użyj takiego, jakie lubisz
  • jajko
  • mąka (trochę)
  • ulubiony żółty ser
  • sól
  • ulubione przyprawy ( ja dzisiaj użyłam nieziemskiej mieszanki z Wysp Kanaryjskich, którą posiadłam dzięki uprzejmości Karoli :D)
  • olej (dużo)
Co z tym robimy:

Filety kroimy na małe kawałki (trzeba uważać, żeby były bez ości, bo pogotowie nam nie potrzebne). Wlewamy piwo do miski (ilość zależy od ilości filetów, docelowo ma wyjść nam ciasto konsystencji naleśnikowego), dodajemy jajko, mąkę (przy ilości kierujemy się dokładnie tą samą zasadą co przy piwie), dodajemy sól i przyprawy i łączymy wszystko do momentu uzyskania jednolitej masy.

Ser ( przyjmijmy jakieś 100 gram na jeden filet) wrzucamy do blendera i miksujemy na drobne wiórki. Dodajemy do ciasta i mieszamy. Następnie do wszystkiego dodajemy rybę i odstawiamy na jakieś 15 min.

Na patelni rozgrzewamy olej. Ilość mniej więcej taka, jak do placków ziemniaczanych (czyli dużo). W tym samym czasie nasze frytki powinny wylądować w piekarniku bądź frytownicy. Na rozgrzany olej nakładamy łyżką kawałki ryby wraz z niewielką ilością ciasta i smażymy na złocisty kolor. Następnie wykładamy na ręcznik papierowy, żeby odciągnąć nadmiar tłuszczu. Ot i cała filozofia dania ratującego życie.

Teraz wystarczy już tylko wyjąć nasze frytki , zrobić ulubione dipy (albo wziąć ketchup z lodówki) i pozdrowić wszystkich dietetyków oraz kardiologów.

Smacznego!

sobota, 12 lutego 2011

Smak dzieciństwa, czyli jedzenie niemowlaków w dorosłym wydaniu

Dzisiaj na tapecie ciastka z kleiku ryżowego. Proste, aromatyczne i chrupiące. Co warte podkreślenia będą idealnym SPA dla Twoich dłoni.  Podwędź więc trochę jedzonka swojemu dzieciakowi i do dzieła ;).

Co będzie potrzebne:

  • opakowanie kleiku ryżowego
  • kostka margaryny (lub masła)
  • 5 łyżek wiórków kokosowych (możesz dać więcej jak lubisz)
  • pół szklanki cukru
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • 3 jajka
  • kilka kropel aromatu pomarańczowego ( ale możesz dać inny, który lubisz)

Co z tym robimy:

Kostkę masła wyciągamy z lodówki, żeby zrobiła się bardziej miękka. Wrzucamy do miski i dosypujemy pozostałe składniki i dodajemy kilka kropel aromatu (albo nie, jak nie masz ochoty). I teraz czas na relaks. Powoli zagniatasz wszystkie składniki na jednolitą masę a Twoje dłonie robią się coraz bardziej gładkie i nawilżone…

No dobra, koniec SPA, powróćmy do ciastek. Z naszej masy formujemy kulki wielkości orzecha włoskiego i układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Następnie przygniatamy kulki palcem robiąc w nich niewielkie wgłębienie. Teraz ciastka mogą wylądować  w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni na jakieś 15-25 min. 



A teraz jeszcze słów kilka o tym po co nasze ciastka mają dziurkę :D Owe magiczne wgłębienie powstało po to, by mógłbyś (-abyś) wlać w nie rozpuszczoną czekoladę, nałożyć ulubiony dżem lub powidła, albo… po prostu użyj swojej kreatywności :D



niedziela, 6 lutego 2011

Marchewka…

No marchewka na diecie już bokiem wychodzi… ale tym razem pojawi się w nieco bardzo przystępnej formie, ba… nawet ciut zakazanej, bo zrobimy ciasto. 

Słodycze teoretycznie są zbanowane,  ale kawałek tego ciasta nie sprawi, że wasze dietowe zmagania legną w gruzach…. tylko pamiętajcie - kawałek!!! Nie cała blaszka! Jak za bardzo Cię korci to podziel się z sąsiadami albo kolegami z pracy.



Przepis jak zwykle gdzieś tam znaleziony i oczywiście zmodyfikowany zgodnie z zasadą, że żaden nie jest tak idealny, żebym nie mogła go zmienić ;)

Co będzie potrzebne:

3 duże marchewki (albo 4 małe)
2 szklanki mąki razowej – Nie. Nie może być biała!!! Ja użyłam orkiszowej typ 1100
1 szklanka oleju
4 jajka
1 szklanka cukru ( w przepisie było 1,5 – no ale jak dieta to dieta)
garść posiekanych orzechów włoskich
2 łyżeczki proszku do pieczenia
3 łyżeczki cynamonu

Co  z tym robimy:

Marchewkę trzemy na małych oczkach. Daruj sobie robota kuchennego, używając zwykłej tarki stracisz więcej kalorii. Jajka wbijamy do miski, dosypujemy cukier i ubijamy trzepaczką (komentarz dla amatorów: piana to z tego nie wyjdzie….). Następnie porcjami dosypujemy szklankę mąki i łączymy na jednolitą masę. Później partiami dolewamy olej (cały czas mieszając na jednolitą masę) oraz drugą szklankę mąki. Dosypujemy proszek do pieczenia i cynamon – dalej mieszamy, aż w reszcie dorzucamy startą marchewkę i posiekane orzechy. Naszą masę wylewamy do wyłożonej papierem formy i wkładamy do rozgrzanego piekarnika.

Z piekarnikiem to zawsze jest problem…mój jest chujowy. Wg przepisu piecze się 30 min w 180 stopniach, ale że ja używam urządzeń specjalnej troski piekłam prawie godzinę w dużo niższej temp.

Ciasto można sprawdzać „na patyczek” – jak jest suchy to się upiekło.


Można je polać lukrem i posypać utartą skórką cytrynową, przekładać kremem budyniowym – ale to Was na diecie średnio interesuje ;)

Smacznego !!!

środa, 26 stycznia 2011

Dupa rośnie. Nastrój spada.

Czyli w skrócie: mamy zimę… Święta w swojej cudowności sprawiły, że ulubione jeansy nie dopinają się nawet na wdechu, a pogoda, brak światła i hektolitry kawy sprawiają, że snujemy się, wyglądamy i czujemy się jak chodzące zwłoki.

No to co… Czas na dietę, żeby: a) doprowadzić tyłek do przedzimowych rozmiarów, b) poczuć się lepiej i  w końcu mieć na coś siłę. No niestey… masełko, kiełbaska i pyszniutki serniczek wiedeński out. Bierzemy się za siebie.

Zanim przejdziesz na dietę zastanów się czy jesteś w stanie ułożyć ja sobie sam. Jedzenie samym pomarańczy czy białka (Dankan, Dukan…czy jak mu tam) nie rozwiązuje problemu. Nasza dieta powinna być zbilansowana, bogata w warzywa, wartościowe białka i błonnik. Nie powinna też polegać na drastycznym zmniejszeniu ilości kalorii. Dieta 1000 kcal powinna być układana przez dietetyka – sam możesz zrobić sobie tym więcej szkody niż pożytku. Poza tym dla osób, które zamierzają zwiększyć aktywność fizyczną moim zdaniem 1000 kcal grozi poważnymi problemami zdrowotnymi.

Restrykcyjne diety zostawiamy na boku, a to co zrobimy nazwijmy raczej świadomym odżywianiem. Jeśli chodzi o poziom kaloryczny to starajmy się utrzymywać go w granicach 1500 – 1800 kcal. Tutaj też uwaga: nie analizuj wszystkiego co masz zamiar zjeść z tabelą kaloryczną w ręku. Tak, przestudiuj ją, żeby wiedzieć na jakim poziomie energetycznym znajdują się poszczególne produkty z Twojego jadłospisu i po prostu korzystaj z te,j wiedzy zastępując schab indykiem, bądź śmietanę jogurtem…

W życiu i tak masz za dużo stresu, po co więc stresować się jeszcze jedzeniem? Jak masz ochotę na coś słodkiego to zjedz to. Poprzestań tylko na jednym pasku czekolady a nie całej tabliczce. Proste prawda? Jeśli znalazłeś (-aś) się na mieście i czujesz, że na widok mcDonaldsa miękną Ci kolana to zjedz tego cheeseburgera za 3 zeta, tylko jednego! Jeśli taki grzech popełnisz sporadycznie… powiedzmy raz na 2 tygodnie świat naprawdę się nie zawali i diametralnego wpływu na Twoją ciężką pracę nad sobą  mieć to nie będzie. Grunt nie przeginać!

Kilka praktycznych rad, kiedy przechodzisz na dietę:

- postaw na ciężkostrawne węglowodany. Świeża kajzerka wyleci tak samo szybko jak wleciała, nad pełnoziarnistym pieczywem żołądek musi nieco popracować co samo w sobie potrzebuje energii i dłużej czujesz sytość.

- wybieraj „chude” białko – serek wiejski light, jogurt naturalny, indyk, polędwica wołowa, warzywa strączkowe, ryby (tak ryby są tu bardzo ważne!)

- jak najwięcej warzyw – z zasady są mało kaloryczne, ale pamiętaj, że o ile surową marchew możesz wcinać do oporu, tak gotowana o wiele chętniej odkłada się na boczkach… Pamiętaj też, że niektóre warzywa są bardzo dobrym „wypełniaczem” – jedz cukinię, brokuły, bakłażany. Warzywa o jednych z najmniejszych wartości kalorycznych to pomidory, ogórki i sałata – nie żałuj sobie.

- kapsaicyna. Trudne słowo… ale to po prostu pikantna substancja zawarta w papryce. Idealnie wspomaga spalanie tłuszczu. Tylko uważaj, jeśli nie jesteś przyzwyczajony do ostrych potraw zwiększaj ilość chilli w jedzeniu stopniowo, żeby mózg przyzwyczaił się do substancji. Lekkie zatrucie kapsaicyną nie jest przyjemne (doświadczyłam w Egipcie, jak zjadłam pięć pysznych jalapeno z grilla) i powoduje zawroty głowy, uderzenia gorąca i puchnięcie twarzy. Ciężkie zatrucie może skończyć się uduszeniem, chociaż tutaj ryzyko przy spożywaniu kapsaicyny zawartej naturalnie w paprykach jest bardzo niewielkie, pojawia się natomiast przy nieumiejętnym stosowaniu koncentratów i wyciągów w chilli. 


Po jakimś czasie stopniowego zwiększania dawki ostrych papryczek zauważysz, że jedzenie, które właściwie pod względem pikantności nie robi na tobie wrażenia, Twoich znajomych przysporzy o intensywną zmianę koloru na twarzy ( pozdrowienia dla Borowika ;)
















  


Image: Carlos Porto / FreeDigitalPhotos.net


- kawa, możesz ją pić ale z umiarem i bez cukru  i najlepiej bez mleka albo z chudym.

- przyprawy – dietetyczne jedzenie nie musi być mdłe, a właściwie powinno być dobrze doprawione. Rezygnujesz tylko z nadmiaru soli, oraz wywalasz wszystkie Vegety i tym podobne shity.

- zielone warzywa i owoce – jedz dużo, bo pomagają oczyścić organizm z toksyn (które odłożyły się razem  z tłuszczykiem również).

- woda z cytryną – patrz wyżej.

- słodycze – nie musisz z nich rezygnować, ale jedz je mądrze. Ciemna czekolada ma dużo wartościowych dla organizmu składników, sorbet nie wtłoczy do organizmu nieskończonych ilości kalorii.

- parówki, pasztetówka, mortadela – możesz je kochać bądź nienawidzić. Jeśli to drugie masz problem z głowy, jeśli to pierwsze – nie martw się prawdziwa miłość przetrwa wszystko :P
 
- regularne posiłki – jesz 5-6 razy dziennie. 

No dobra pewnie Was przeraziłam… to teraz kilka pomysłów na niskokaloryczne śniadanie (które oczywiście możesz zabrać ze sobą do pracy) 

1. grahamka  z serkiem wiejskim, wędzonym łososiem i koperkiem – tutaj opis przygotowania uważam za zbędny ;)

2.  lekka sałatka z brokułów

składniki:

- kilka różyczek brokułów
- 2 ogórki kiszone
- 1/3 puszki fasoli (jakiej lubisz)
- koperek
- jajko
- jogurt

przygotowanie:

Brokuły wrzucamy na wrzątek i gotujemy jakieś 3 min (jak masz mikrofalę, albo cudo do gotowania na parze to masz problem z głowy), jajko gotujemy na twardo. Następnie kroimy brokuły, jajko, ogórki i koperek, dodajemy fasolę. Z jogurtu robimy sos dodając ulubione zioła (majonez oczywiście jest zakazany)

3. pasta z awokado (porcja z jednego awokado wystarcza na 3-4 osoby)

składniki:

- miękkie awokado
- pomidor
-szczypiorek
-czosnek (tutaj moim skromnym zdaniem jeden ząbek wystarcza
- koperek
- sok z połowy cytryny
- nasiona kolendry
- pieprz
- opcjonalnie: kawałki wędzonego łososia

przygotowanie:

Awokado rozgniatamy w misce i zalewamy sokiem z cytryny. Z pomidorów zdejmujemy skórę, usuwamy gniazda nasienne i kroimy w kostkę. Czosnek, szczypiorek, koperek siekamy. Wszystko dodajemy do rozgniecionego awokado, doprawiając kolendrą i pieprzem. Możesz dać trochę soli. Najlepiej jeść na chrupkim, pełnoziarnistym pieczywie.

piątek, 21 stycznia 2011

Profanacja

Jak dziadowie i pradziadowie współczesnych Włochów widzą co obecnie nazywamy pizzą to zapewne przewracają się w grobach..

Pizza w tradycyjnej formie była pszennym płaskim plackiem posmarowana sosem pomidorowym, wyłożona mozzarellą, a w przypływie dużej awangardy także plastrami dojrzewającej szynki.
Według historycznych przekazów pierwsza pizza powstała w 1889, kiedy Neapol odwiedziła królowa Włoch Małgorzata (Margherita) Sabaudzka. Tamtejszy piekarz przygotował na jej cześć specjalną potrawę – pizzę, w której podstawowymi składnikami były: pomidory (czerwień), ser mozzarella (biel) i bazylia (zieleń), reprezentujące narodowe barwy Włoch.*
 *źródło: Wikipedia

No, ale przestańmy skupiać się  na pierdołach. Weźmy się za gotowanie.

Przepis na ciasto, który Wam pokażę, pewnie coś tam wspólnego z tradycyjną pizza ma, reszta już może niekoniecznie ;) Na jedną połowę wrzucimy bowiem: czosnek, świeżego ananasa i boczek ( tak, tak od polskiej świnki); a na drugą: podróbkę oscypka ( na ciepło i tak nikt się nie skapnie), boczek i żurawinę.

Ale tak właściwie się nie sugerujcie… wwalcie na swoją pizzę co chcecie :)

To zaczynamy:

Ciasto

- mąka – zgodnie z zasadą pół torebki (ile się wsypie), wystarcza to na całą piekarnikową blaszkę ( no to co, że będzie kwadratowa…)
- drożdże – pół opakowania drożdży babuni (nie, nie wiem ile to gram)
- łyżeczka soli
- woda
- oliwa z oliwek (trochę)

Mąkę wsypujemy do miski. Robimy w niej dołeczek, do którego wkruszamy drożdże i zalewamy pół szklanki cieplej wody. Zostawiamy na 10 min.



Po tym czasie dodajemy sól, oliwę i dolewamy tyle wody, aby móc zagnieść ciasto (można podlewać w trakcie)…i zagniatamy. Gotową kulkę zostawiamy w misce, przykrywamy ściereczką i zostawiamy w spokoju na jakieś pół godziny – daje nam to dużo czasu na ogarnięcie reszty.

Wsad do pizzy
 
- sos pomidorowy – ja używam Pudliszek, ze słoika – boloński i do spaghetti będzie ok. (oczywiście jeśli masz za dużo wolnego czasu możesz zrobić sos samodzielnie

- ser – nie musi być mozzarella. Dada się każdy łagodny w smaku, który nie jest pleśniowy, np. ementaler, morki. Ser pleśniowy (jak masz ochotę dodawaj na wierzch niezależnie od sera podstawowego)

- reszta wg uznania, wielkość pizzy, którą robimy, tj. na całą blachę pozwala spokojnie na to, aby każda ćwiartka była inna

*ja użyję: pierwsza połowa: świeży ananas, boczek, czosnek; druga połowa: podróbka oscypka, boczek, żurawina (ale dopiero po wyjęciu z pieca)

No dobra, ciasto nam wyrosło, składniki przygotowane…. Rozgrzewamy piekarnik… yyyy… chyba 180 stopni będzie ok. ;). I teraz są 2 szkoły: albo blaszkę smarujemy oliwą albo wysypujemy grubą warstwą mąki. Ja używam oliwy – Ty zrób jak uważasz. 

Ugniatamy kilka razy naszą uciekającą już z miski kulkę i rozciągamy na blaszce (poradzisz sobie palcami, wałek jest tu zbyteczny). Ciasto smarujemy sosem, wysypujemy serem i układamy nasze pozostałe składniki (tak, tu akurat kolejność ma znaczenie). Wierzch możesz skropić lekko oliwą i posypać ulubionymi ziołami.

Wkładamy naszą pizze do piekarnika. Piekłam ją już w wielu piekarnikach i tak naprawdę nie da się określić czasu pieczenia… Po 10 min należy sprawdzać czy już jest upieczona, powinna być rumiana od spodu (można podważyć szpatułką), ser powinien być roztopiony a składniki wyraźnie poddane obróbce cieplnej.

Mój obecny piekarnik jest jeszcze o tyle niemiły, że przypala z jednej strony, stąd po jakiś 7 min obracam moją pizzę, żeby upiekła się równomiernie.

No a teraz czas jeść !!!



Jeszcze kilka przydatnych rad:

- do ciasta możesz dodać zioła i czosnek – zawsze jakaś odmiana

- otręby też możesz dodać –wtedy sobie wmówisz, że jest dietetyczna (boczek przecież też był chudy…)

- nie dodawaj za dużo wodnistych składników – ogranicz ilość świeżych pomidorów

- po wyjęciu z piekarnika odczekaj jakieś 3 min, żeby trochę odparowała – będzie się ją łatwiej kroić

- naprawdę nie ma sensu robić mniejszej – nawet nie ściemniaj, że nie lubisz zjeść zimnej pizzy na śniadanie

- ta porcja sprawi, że trzy osoby nie będą wstanie wstać z kanapy

- sześć osób naje się na tyle, że istnieje szansa, że spróbują sałatki, którą zrobiłeś/zrobiłaś dla urozmaicenia

A tu jeszcze kawałek historii. Pizza z babskiej imprezy mojej i Śpiącej Królewny – tak poszła cała…ale ilość wina również była odpowiednia….


wtorek, 18 stycznia 2011

Łap mięsko, bo Ci z talerza ucieka….

Wegetarian prosimy o wyłączenie monitorów ;)

Dzisiaj będzie jak zwykle o jedzeniu, ale wyjątkowo (jak na razie) nie o samym gotowaniu. Będzie o moim zamiłowaniu do tatara, polecę Wam niezłą (i dobrą cenowo) restaurację oraz opowiem trochę o najlepszym jedzeniu.

Tatar…

To uczucie kiedy mieszasz maź o kolorze czerwonego wina z żółtkiem, cebulą, ogórkiem ( i czasem marynowanym grzybkiem) i już tylko bagietka, masełko i tak wspaniała papka cudownie głaszcze twoje podniebienie….No, szkoda tylko, że moi znajomi nie do końca rozumieją moją miłość do surowego czerwonego mięsa. Tolerują… ale najpyszniejsze, najbardziej różowiutkie kawałki polędwicy z sałatki i tak lądują na dokładkę na moim talerzu ;)

Tak w temacie tatara zdecydowanie mogę Wam polecić klimatyczną i niezbyt oblegają restaurację niedaleko kina Muranów – Sephia. Bardzo miły klimat, bardzo dobry tatar, sałatki, a placki ziemniaczane z łososiem – niebo w gębie.  Do tego opcja stolika z kanapami – jednym słowem idealne miejsce na spotkanie z przyjaciółmi, co też uczyniliśmy wczoraj. (W tym miejscu pragnę pozdrowić śpiącą królewnę - Karolinę i Borowika).






Pokrzepieni białkiem – ja surowym, pozostali przetworzonym (cieniasy) udaliśmy się na film Wujek Boonmee, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia do Muranowa. A tu co? Kolejna miła kulinarna przygoda – seans przedpremierowy, z okazji którego ambasador Tajlandii funduje bankiet z tradycyjnym tajskim jedzeniem po zakończeniu. Ahh te pyszne imbirowe placuszki z nieziemsko ostrym sosem chilli…ale o kuchni orientalnej porozmawiamy innym razem ;)

I jeszcze kilka słów o najlepszym jedzeniu… Nie ważne gdzie. Nie ważne co. Ważne w jakim towarzystwie !

sobota, 15 stycznia 2011

Że niby polska kuchnia jest nudna? – czyli słów kilka o kiszeniu buraków


W grudniu poszukując przepisu na zakwas buraczany (jaki moja babcia zwykła była robić na wigilię) z przeznaczeniem na wigilię fusion z moimi przyjaciółmi (po której kuchnię sprzątałam tydzień – serdeczne pozdrowienia dla dziewczyn :P) natknęłam się na blog Czesława Białczyńskiego. Nie dość,  że znalazłam tam 7 (słownie: siedem) przepisów na kiszone buraki to jeszcze uświadomił mnie, że można kisić grzyby (tak, grzyby). Poza tym zachęca tam do wcinania kwiatków z naszych łąk i ogródków, ale że mamy połowę stycznia zostawmy sobie ten temat na później.

Kisimy buraki
 
Tutaj kluczowy jest sprzęt… potrzebujemy dużego szklanego bądź kamionkowego naczynia (metal jest wykluczony). Ja używam dużego zamykanego słoika z Ikei  (zdjęcie poniżej), nie mam pojęcia jaką ma pojemność. Podejrzewam, ze 3l…



Jeśli chodzi o sam przepis to najbardziej spodobał mi się ten z jabłkami i warzywami… oczywiście, żaden przepis jaki znajduję nie jest idealny i muszę go dostosować pod moją leniwą i niepokorną naturę. Pewnej modyfikacji poddałam również i ten….

Składniki:

- 1 kg buraków – pewnie cały do słoika nie wejdzie, ale i tak tyle zawsze kupuję – później jak zostanie jeden czy 2 buraki zużywam je do wywaru barszczu
- marchewka
- pietruszka
-jabłko
- kawałek selera
- kilka ząbków czosnku (definicję kilka podałam w poprzednim wpisie)
- sól
- woda
- sok z kiszonej kapusty – kup sobie trochę kapusty na sałatkę, postaraj się nakładać taką najbardziej mokrą, a później sok odciśniesz do słoika
- cukier



I zaczynamy zabawę:

Warzywa i czosnek obieramy i kroimy, jabłek nie obieramy i kroimy na ósemki. Do słoika wkładamy wszystkie składniki , tak aby wierzchnią warstwę stanowiły buraki. Wierzch posypujemy łyżką cukru. Gotujemy wodę z solą w proporcjach łyżka soli na 1,5 l wody i taka ilość mniej więcej wystarcza na ten słoik. Studzimy i lekko ciepłą zalewamy po sam wierzch nasze warzywa. Na koniec  odciskamy do słoika sok z kapusty kiszonej zakupionej na surówkę. 

Dlaczego sok? Da nam pożywkę bakteryjną i buraki zamiast 5 dni będą się kisić 3… poza tym mamy dużo większą szansę, że ukiszą się a nie zgniją.

Następnie 3 razy dziennie mieszamy zawartość słoika drewnianą łyżką. Kiedy zawartość wyraźnie zaczyna musować, czyli po około 2 dniach. Sprawdzamy czy kwaśność już nam odpowiada, jak nie - kisimy dalej, jak tak - chowamy zamknięty słoik do lodówki. Po około dobie oddzielamy sok od warzyw i zlewamy go do butelek. Tak, ta po wieczornym winie będzie świetna!!!

Warzyw nie wyrzucamy, możemy jeszcze zrobić z nimi fajne rzeczy.

Gotujemy barszcz

Wrzucamy do gara kiszoną włoszczyznę i jabłka oraz część buraków, dajemy 1 lub 2 buraki, które nie zmieściły się nam do kiszenia, jedną marchewkę i pietruszkę. Możemy dodać kawałek boczku, kiełbasy, suszone grzyby – tutaj kolejność dowolna.  Wlewamy wodę (no nie wiem ile..jak na zupę, po prostu). 

Jak nasz wywar się ugotuje, czyli po jakiś 45 min wyjmujemy wygotowane warzywa i wlewamy zakwas, który czekał na ten moment w lodówce. Tylko nie wszystko na raz….sprawdzajcie stopniowo, czy osiągnęliście taki efekt smakowy, na jaki macie ochotę. Oczywiście później doprawiamy do smaku: sól, cukier, oregano, liść laurowy, jałowiec – nie zamierzam Was ograniczać dodajcie te przyprawy, które lubicie!!!

S.O.S.

1. za dużo zakwasu – dolej trochę wody, możesz dodać trochę cukru i będzie OK.
2. za mało zakwasu a zapasy w lodówce się skończyły – tutaj doskonale sprawdzi się sok z cytryny bądź ocet z białego wina, tylko też z umiarem

WAŻNE !!!

Po dodaniu zakwasu do wywaru nie wolno go już zagotować!!! Straci on kolor i nie będzie smakować tak dobrze. 

Ale zostały nam jeszcze buraki z kiszenia…

Sprawdzą się świetnie w roli zasmażanych buraczków. Wystarczy wrzucić je do blendera (albo pokroić jeśli tak jak ja nie posiadasz), wrzucić na głęboką patelnię, dolać wody, tak aby było jej trochę miej niż poziom buraków, dodać masło – tyle ile lubisz, bądź oliwę. Po ok. 45 min doprawiamy – koniecznie trzeba dać cukier. Można zrobić zasmażkę z mąki i zagęścić nimi buraki.
Z buraków można zrobić także całkiem niezłe sałatki….ale o tym innym razem….

Jeszcze kilka słów  o blogu Białczyńskiego. Jest to niezwykle obszerne opracowanie dotyczące kultury słowiańskiej a tradycyjna kuchnia jest tu tylko niewielkim wycinkiem. Mimo to, można znaleźć tam wiele niezwykłych inspiracji, które można wdrożyć w naszych kuchniach. Więcej znajdziesz na: https://bialczynski.wordpress.com/



*zdjęcie buraka pochodzi ze strony https://bialczynski.wordpress.com/

To może coś ugotujemy? :)

Witam,

Jestem Kasia i  mam totalnego fioła na punkcie dobrego jedzenia. Je się po to żeby żyć, czy żyje po to żeby jeść? Ja zdecydowanie żyję by jeść i postaram się moją pasją do gotowania zarazić także Was :)

Nic nie działa tak dobrze na chandrę niż domowa pizza, a wieczór po okropnym dniu w pracy umili aromatyczna sałatka. 

Ostatni tydzień był pełen ciężkiej pracy wyzwań i mnóstwa stresu. Dlatego, więc dzisiaj ochoczo zaszyłam się w kuchni....Rezultatem jest krem z pomidorów z białym winem i mozzarellą ( co w przypadku nieposiadania blendera jest samo w sobie kolejnym wyzwaniem ;), chlebek czosnkowy i ciasto z kiwi.

No to zaczynamy....
ps. nigdy, ale to NIGDY nie stosuję dziwnych miar typu "szklanka mąki" wszystko robię na oko -  ile się z torebki nasypie...po co się stresować i zatruwać sobie życie także w kuchni?? :)

Krem z pomidorów

Potrzebne nam:
- 2 pomidory
- puszka pomidorów bez skórki (krojone czy w całości...nie skupiajmy się na pierdołach)
- cebula
- kilka ząbków czosnku - daj tyle ile lubisz, 1 czy 10...jakie to ma znaczenie? TOBIE ma smakować
- suszona bazylia (zasada: patrz punkt wyżej)
- suszony rozmaryn (patrz 2 punkty wyżej)
- pieprz (jw.)
- sól - no tutaj to może nie przeginajmy z ilością, bo efektem zbierania wody jest cellulit na dupie
- mozzarella (w kulce, kostce, tarta. Who cares?)
- białe wino - każde z wyjątkiem słodkiego i półsłodkiego będzie zajebiste
- oliwa z oliwek
- trochę masła - użyj takiego "trochę" jak uważasz
- 2 suche bułki
- świeża bazylia (ale jak nie lubisz to sobie daruj)

Co z tym robimy:

Po pierwsze suche bułki wrzucamy do małej miski i zalewamy wodą, następnie przyciskamy talerzem. Bierzemy się za resztę a bułki niech czekają na swoją kolej.
Cebulę kroimy w drobną kostkę, wrzucamy do garnka, zalewamy oliwą, dajemy TROCHĘ masła i kładziemy na małym ogniu. Gotujemy wodę i zalewamy wrzątkiem pomidory - musimy zdjąć z nich skórkę. Następnie kroimy je w kostkę i wrzucamy do gara z cebulą. Możemy nieco podkręcić ogień.
Jak pomidory zrobią się trochę ciapowate dodajemy: sól, pieprz, suszoną bazylię i rozmaryn. Niech popyka to jeszcze jakieś 2 min na ogniu.
Następnie wrzucamy pomidory z puszki, wlewamy pół butelki wina i wrzucamy 2 rozciapane, niewyciśnięte z wody (!) bułki. Wszystko mieszamy i zostawiamy kilka min na ogniu.
Czosnek drobno siekamy i dodajemy do garnka. I teraz...jak masz blender nie masz problemu....jak nie masz blendera to masz problem. Na szczęście z pomocą przyjdzie Ci tłuczek do ziemniaków - dokładnie rozgniatasz kawałki pomidorów i namokniętej buły, aby powstała w miarę jednolita całość. Ciapkę gotujesz jeszcze jakieś 3 min - tylko mieszaj !!! bo się przypali.
Później już tylko dajesz utartą mozzarelle - tyle ile lubisz i mieszasz. Po rozlaniu do misek można wrzucić na wierzch kilka liści bazylii. Ja bazylię lubię, jeśli Ty nie to spokojnie olej tą część.

Do zupy świetnie pasuje chlebek czosnkowy, który przygotujesz w czasie gotowania się kremu.

Chlebek czosnkowy


Potrzeba nam:
- mąka
- otręby (pszenne, owsiane, jakiekolwiek inne)
- mleko
- oliwa z oliwek
- drożdże - załóżmy 1/3 kostki Drożdży Babuni
-sól
-suszone oregano
- cukier
- kilka ząbków czosnku

Co z tym robimy?
wlewamy mleko do miski...załóżmy, że pół szklanki, wrzucamy pokruszone drożdże i trochę cukru (nie wiem...łyżka?) i zostawiamy na 10 min.
Po 10 min wrzucamy mąkę....1/4 torebki będzie git, otrębów powinno być o połowę mniej. Zagniatamy chwilkę na niedbałą breję i zostawiamy na 5 min. W międzyczasie siekamy drobno czosnek ( wersja dla leniwych - wyciskarka również jest zajebista).
Dodajemy do ciasta czosnek, jakieś pół łyżeczki soli i dolewamy oliwę... ile się wleje, ale mogą być 3 łyżki... i zagniatamy już na "ładne" ciasto (w razie potrzeby możemy dodać trochę wody).
Smarujemy blaszkę tłuszczem albo grubo wysypujemy mąką i rozciągamy na niej ciasto na okrągły placek grubości około 1 cm. wierzch smarujemy wodą i posypujemy oregano. Rozgrzewamy piekarnik (180 stopni?) i po jakiś 5 min wrzucamy blaszkę do piekarnika.
Nie mam pojęcia ile się piecze...tak około 10 min.

Ps. po 5 min pieczenia na chlebek można położyć ser, szynkę (najlepiej dojrzewającą) albo coś tam innego co lubicie i wydaje się Wam, że kompozycyjnie pasuje do smaku czosnku.

A co po zupie?? U mnie pojawiło się dzisiaj ciasto...w ciastach ekspertem nie jestem bo niestety przy ich pieczeniu proporcje wypadałoby zachowywać. Ale jak widać ciasto, które zrobiłam proporcje ma w dupie - i tak wyszło i to całkiem niezłe, bo już prawie połowa przeteleportowała się już na talerz mojego faceta.

Ciasto ucierane z owocami


Potrzeba nam:
- 6 jajek (tyle udostępniła mi dzisiaj lodówka)
- mąka
- olej
- proszek do pieczenia (ale jak nie masz to świat się nie zawali)
- cukier
- owoce - mogą być świeże i mrożone, truskawki, wiśnie, jabłka, śliwki...jeśli uważasz, że marchewka zgodnie z ustawodawstwem UE również jest owocem, to pewnie także się nada do tego ciasta...
Ja dzisiaj użyłam Kiwi (bo w Biedronce była promocja :P)

Co z tym robimy?
Jajka wbijamy do miski. Wsypujemy cukier, około szklanki, ale jak lubisz słodkie to pewnie jak nawet dasz 2 to świat się nie zawali.... I ucieramy. Następnie wlewamy olej (bladego pojęcia nie mam ile go było...)  i dodajemy mąkę - jeśli ciasto zrobiło się dość gęste ale nadal jesteś w stanie ucierać to jest już git.
Jeśli owoce są duże (jak np. kiwi) to kroisz je na kawałki. Ciasto wlewasz do formy, wrzucasz owoce.
Piekarnika rozgrzewać nie musisz, bo przecież i tak dopiero co wyjąłeś/wyjęłaś z niego chlebek czosnkowy. Jeśli jednak punkt chlebek został pominięty to włącz na 5 min zanim wrzucisz ciasto.
Ile się piecze? Nie wiem. Po 20 min zaczęłam stosować stary sprawdzony sposób - "na wykałaczkę". Jeśli wbijesz ją w środek ciasta i jest ulepiona ciastem to ląduje ono znowu w piekarniku, jak jest sucha to ciasto jest gotowe.

A tak w temacie ciasta... ;)


Moje dzisiejsze ciasto z kiwi wygląda tak ( i jak widać znika):